Ze szczytu Australii na wybrzeże Wiktorii


Kolejny punkt wyprawy to wejście na Górę Kościuszki. Jako, że prognozy nie pozwalały na wspinaczkę kolejnego dnia, zdecydowaliśmy zatrzymać się na darmowym kempingu na naszej trasie - w Bredbo. W zasadzie, to w wielu przypadkach w Australii działa to tak, że, właściciele Hoteli - zajazdów, przy często jedynej drodze w okolicy, udostępniają teren za lokalem, nie pobierając za to opłaty. W tym przypadku nawet z toaletą i płatnym prysznicem. W dobrym zwyczaju oczywiście jest kupienie czegoś w restauracji czy barze w podziękowaniu za miejsce na nocleg. Kemping bardzo nam się spodobał. Widzieliśmy jeden z piękniejszych zachodów słońca i mieliśmy prawie całe miejsce dla siebie. Przez 3 dni. 
Jednak cały pobyt nie był sielanką. Mimo, że sprawdzaliśmy prognozy kilka razy dziennie (wyczekując na dzień kiedy wejdziemy na Górę Kościuszki), nikt nie przewidział burzy, ulewy i ogromnej wichury, bo tak w skrócie można opisać naszą pobudkę o 2 w nocy. W takich warunkach przyszło nam chować rzeczy wokół auta, a resztę nocy spędziliśmy w fotelach samochodu, przemoknięci do suchej nitki. Mamy nauczkę, żeby na noc chować do środka wszystko, bez względu na prognozy! 
Nazajutrz postanowiliśmy przejść się po okolicy, Bredbo jest naprawdę urokliwe. Swoją drogą, dziwnie ogląda się banery „Snowy Mountains Region” w lato, kiedy jest ponad 30 stopni w cieniu. Jemy psa (nasz sposób na nazwanie sklepu z ciepłymi ciastkami „Pies” - liczba mnoga od PIE - ciastko, hehe) i wracamy „na pole”. Cały dzień umila nam nieprzerwane (dosłownie) piszczenie różowych kakadu (zaloty?).
 
 
 
Kościuszko National Park 
Ostatni przystanek przed zdobyciem Góry Kościuszki to górska miejscowość Jindabyne. Ośrodek w którym finalnie zostaliśmy na 3 noce, okazał się dobrym wyborem z kilku powodów - oferował wysoki standard za rozsądne pieniądze, był położony tuż przy samym jeziorze no i rzecz jasna - mieliśmy blisko do Parku Narodowego, bo niecałą godzinę jazdy. 
Nad ranem dał o sobie znać front, który wystraszył nas już na poprzednim campingu w Bredbo - tym razem była to „tylko” wichura. Zatem, nie tracąc czasu, zaczęliśmy zwiedzanie. Powtórzę się, ale lokalizacja naszego Holiday Parku, była po prostu świetna. Poniżej kilka fotek ze spaceru. Dalej powędrowaliśmy do mini-centrum, gdzie od razu widać, że jesteśmy blisko gór - większość sklepów oferowała sprzęt narciarski, czy chociażby wypożyczenie rowerów górskich. 
W Jindabyne są dwa polskie akcenty. Pierwszy to pomnik Pawła Strzeleckiego, odkrywcy i naukowca, znanego głównie z odkrycia najwyższego szczytu Australii - Góry Kościuszki (więcej zasług wymienia tablica pod jego pomnikiem - foto poniżej). Drugi akcent jest bardziej symboliczny, to siedziba browaru... Kosciuszko. Oprócz warzelni, co jest dziś standardem, na miejscu jest bar, gdzie można napić się świeżego piwa - polecamy! 
Ciekawostką jest wymowa nazwiska Kościuszko. Ciężko winić Ozików, że nie serwują poprawnej polszczyzny, ale jeśli ktoś w lokalu pyta o „kozijosko” to trzeba przyznać, że dla Polaka brzmi to bardzo zabawnie. 
 
Zdobycie Góry Kościuszki 
Pierwszy dzień lutego rozpoczynamy od mocnego uderzenia - blisko 24 km... spaceru, bo tak trzeba to nazwać, na Górę Kościuszki. Trasa jest bajecznie łatwa, a po drodze widać turystów, którzy zdobywają ją na rowerze, czy biegnąc. Widzimy rodziny z małymi dziećmi jak i ludzi dobrze po 80-ce. Jak dobrze wiadomo, pogoda w górach bywa kapryśna, nam na szczęście dopisała, chociaż musieliśmy na ten dzień trochę poczekać. Na szczycie duża grupa osób, spośród wielu nacji i języków, dało się usłyszeć również język polski. Wejście na szczyt Australii rozpoczyna się z Charlotte Pass. 
 
Lakes Entrance
Kolejny przystanek to Lakes Entrance i zarazem nasze pierwsze miejsce w stanie Victoria. Miasto małe, ale okolica nie pozwala na nudę. Zaczynamy od The Entrance Walk, czyli spaceru prowadzącego z miasta, przez most nad Jeziorem Entrance, do terenu gdzie do wyboru mamy kilka ścieżek. Po niedługim spacerze przez las, gdzie słychać kolejne gatunki ptaków, docieramy na 90 Mile Beach. Ocean! Jednak parę dni rozłąki wyzwala tęsknotę. Tutaj też spotyka nas coś do tej pory niezwykłego - z dużą łatwością wypatrujemy pływające blisko plaży foki. 
 
Gospodarz miejsca, w którym nocowaliśmy, również zadbał o unikalność naszego pobytu w Lakes Entrance - na patyku przyniósł nam Redbacka - jednego z bardziej zniesławionych pająków Australii. Złą sławę zawdzięczają jadowi, który jest zagrożeniem dla zdrowia człowieka. Marty, bo tak na imię temu sympatycznemu Ozikowi, zapewniał nas o bezpieczeństwie nawet przy tak bliskim kontakcie, a chwilę później pokazał nam 2-3 miejsca gdzie możemy je znaleźć na jego działce. Jak większość zwierząt, Redbacki zwykle nie atakują nieprowokowane. To było iście australijskie przeżycie! I jak zwykle - bez zmartwień 😉. 
Raymond Island 
Wyspa Raymond to prawdziwa gratka dla miłośników koali, żyje ich tam ponad 300. Na wyspę dopłynąć można darmowym promem (podróż trwa ok 3 minuty), a samo przejście przez Koala Trail nie zajmuje więcej niż godzinę. Ale ile ta godzina dostarcza wrażeń! Ze świecą szukać tylu koali na wolności w jednym miejscu. Poza nimi zaliczyliśmy jedne z pierwszych spotkań z kolczatkami, podziwialiśmy kakadu, czarne łabędzie, czy pelikany australijskie (posiadacze największych dziobów na świecie wśród ptaków, nawet do 50 cm długości!). Wyspa Raymond to świetny pomysł na jednodniowy wypad.
  
 
 

Komentarze