Trasa z Brisbane do Sydney

Seal Rocks - nasze ulubione miejsce na trasie Brisbane-Sydney

5 stycznia, krótko po zakończeniu pracy i przygotowań do długiej podróży, nareszcie wyruszyliśmy w trasę!
A to miejsca w których zatrzymaliśmy się po drodze z Brisbane do Sydney:

Nimbin
Do Nimbin, małego miasteczka, oddalonego 180 km od Brisbane, dojechaliśmy późnym wieczorem. Czasu i sił zostało tylko na pójście spać 😉.
Tak naprawdę, przez prawie pół nocy nie dały nam spać krzyczące (śmiejące się?) Kookaburry. Godzinę pobudki wyznaczył świt słońca w akompaniamencie przeróżnych papug. Trafił nam się bardzo australijski początek kempingowania.
Nimbin to miejscowość dość niespotykana jak na Australię. Nie spotkaliśmy przecież do tej pory, 3 osób na odcinku mniejszym niż 500m, gdzie proponowane będzie kupienie marihuany.
Nimbin to miasto z hippisowską historią, której wpływy widoczne są właśnie w centrum (jedna główna ulica). Budynki, ludzie - wśród nich i tacy, którzy wydawali się spędzać tutaj kolejną dekadę.
Mijamy kolejny sklep z produktami o działaniu leczniczym. Każdy oferujący te z olejkiem CBD, od niedawna w Australii legalne w sprzedaży.
Całość miasteczka wydaję się bardzo podobna do tych starych, amerykańskich - rodem z westernów.


 

Ballina
Około 60 km na południowy-wschód od Nimbin dojechaliśmy do miejsca o nazwie Ballina. Dzień i nocleg potraktowaliśmy na luzie, spacerowaliśmy po plaży i odpoczywaliśmy.
Szukając noclegu w tej okolicy napotkaliśmy pierwsze trudności - wiele campingów było pełnych - ten na którym się zatrzymaliśmy, miał dosłownie kilka wolnych miejsc... Styczeń to okres wakacji dla wielu Australijczyków (przekonaliśmy się o tym szukając kilku następnych campingów, dalej na trasie). W tym okresie nie tylko napotkamy problem z dostępnością miejsc, ale też z cenami, które w okresie wakacyjnym są dwa razy wyższe.
Ciekawy widok zastał nas na plaży. Ocean wyrzucił mnóstwo Bluebottle Jellyfish (nazwa polska - Żeglarz Portugalski) - całkiem niebezpiecznego dla człowieka gatunku meduzy.
Zapytaliśmy wujka Google, co piszą o Ballina w internetach - całkiem niedawno surfer został zaatakowany tu przez rekina (źródło).
Żeby nie kończyć notki tak ponuro (facet w końcu dał sobie radę), trzeba przyznać, że plaża w Ballinie jest bardzo ładna i rozległa; możemy się tylko zastanawiać, jak prezentowałaby się w pełnym słońcu.

 

Byron Bay
Kolejny przystanek to Byron Bay. Miejsce popularne wśród młodych turystów, z nastawieniem na surferów i imprezowiczów 😎. Myślimy, że można zaryzykować porównanie do Sopotu.
Byron słynie z charakterystycznej latarni (po prawdzie, dziesiątki podobnych można spotkać w wielu punktach Australii). Do tej w Byron Bay można dostać się pieszo, trasą bogatą w liczne wzniesienia oraz malownicze widoki - biegnie wzdłuż linii oceanu, a nazywa się ona Cape Byron Walking Track.
Byron jest też wyjątkowe, przez umiejscowienie na mapie. To na wcześniej wspomnianej trasie, znajduje się najbardziej wysunięty na wschód punk australijskiego lądu (ang. - Most Easterly Point in Mainland Australia).
Najlepsze jednak naszym zdaniem czeka na odwiedzających po drodzę do latarni. Tam rozciąga się bezkres Pacyfiku, widać też pobliskie klify i fale, rozbijające się tuż pod nogami.
Byron to urokliwe, ale też tłoczone miejsce. Dlatego, że w naszej podróży stawiamy nas bardziej spokojne przystanki, z góry założyliśmy, że zostaniemy tutaj tylko na dzień. Niemniej, Byron opuszczamy zadowoleni, nie wykluczając powrotu w okresie nie-wakacyjnym.


 
 

Coffs Harbour
Miejscem docelowym było położone u wybrzeży Pacyfiku, Coffs Harbour. Jednak zanim tam dotarliśmy, wybraliśmy się na Forest Sky Pier na punkt widokowy - Sealy Lookout. Stamtąd można podziwiać widok na Coffs Harbour i okolicę. Robi wrażenie.
Kwadrans jazdy później, a chwilę od celu, zatrzymujemy się na chwilę przy The Big Banana (australijczycy lubią duże przedmioty, pamiętacie Big Mango?). Okolica słynie przecież z licznych upraw bananów. Robimy fotkę i ruszamy na spacer, zwiedzać City of Coffs Harbour. Tam spacerujemy główną ścieżką, żeby dojść do Narodowego Rezerwatu Przyrody na Wyspie Mutton. W okresie zimowym, można w tym miejscu zobaczyć wieloryby!
Miasto jest prężnym ośrodkiem turystycznym, przyciąga też wielu surferów, w przeszłości było ważnym punktem na mapie transportu drewna, jeszcze przed wynalezieniem kolei.


Dorrigo National Park
Do Parku dojechaliśmy około godziny 15, co prowadziło do pytania, czy to aby nie za późno na hiking (czyli po prostu piesze wycieczki), tym bardziej, że niebo było tego dnia dość zachmurzone. Szybko jednak decydujemy się przejść przez trasę o nazwie Wonga Walk, która znana jest z wodospadów i pięknych widoków. Na samym początku, blisko budynku, gdzie znajduje się punkt informacyjny i sklep z pamiątkami, wita nas iście górski widok, rozpościerający się przez prawie cały horyzont.
Do dalszej części parku przechodzimy przez specjalny most, a chwilę później odkrywamy wodospad.
Park oferuje kilka ścieżek, my kończymy swój pobyt na Wonga Walk, po raz kolejny zmęczeni i zadowoleni. Dalej udajemy się na darmowy camping, który poza dość prymitywną toaletą, tak naprawdę oferuje tylko dostęp do pobliskiej rzeki (taka mała alternatywa w porównaniu do standardowych pryszniców 😅).
Na tym campingu, jak i na wszystkich, które odwiedzamy w Australii, panuje porządek, a między ludźmi wzajemny szacunek i kultura. Uśmiech i klasyczne „how are you going?” są pozytywnie zaraźliwe, wymieniane przez większość gości na kempingach, często z wielu stron świata.

 

South West Rocks
Kolejny upalny i słoneczny dzień zaczynamy w South West Rocks. A dokładnie w części zwanej Arakoon. W przepięknej okolicy mieszczą się tam... ruiny więzienia - Trial Bay Gaol, zbudowanego w 1886 roku.
Pierwotnie, osadzeni tam więźniowie mieli pracować przy budowie falochronu, tuż przy więzieniu (całkiem niezłe widoki jak na takie zajęcie i jego okoliczności...). Plan upadł, a to, co zostało, wciąż można oglądać z punktu widokowego, który oryginalnie służył jako punkt obserwacyjny dla wartowników.
Budynek był wykorzystany jeszcze podczas I wojny światowej, kiedy służył jako obóz dla internowanych obywateli niemieckiego pochodzenia, których podejrzewało się o sympatyzowanie z wrogiem. Poza pozostałościami falochronu, ze wspomnianego punktu widokowego ukazuje się fantastyczny 360° widok na okolicę.
Tuż przy murach wiezienia, znajduje się camping z widokami jak na załączonych obrazkach... Niestety podczas naszego pobytu i ten camping był pełny, a pierwszy wolny termin dopiero za kilka dni. Nie znaczy to jednak, że zostaliśmy bez wyboru - wręcz przeciwnie, miejsce na kolejny nocleg okazało się strzałem w dziesiątkę.

 
 

Smoky Cape Campground
Nocowanie w środku lasu, 50m od plaży wydawało się wyjątkowe i takie też było.

Pobyt rozpoczyna się od opłaty, uiszcza się ją dość nietypowo. Kasę wrzuca się wraz z formularzem do koperty, a ją do specjalnej skrzynki, przy wjeździe do Parku Narodowego Hat Head. Uczciwość kempingujących codziennie weryfikowana jest przez Rangerów, którzy sprawdzają, czy za przednią szybą jest potwierdzenie opłaty. Potem już tylko zajmuje się wolne stanowisko na auto, namiot czy przyczepę. Nasze miejsce jest praktycznie przy plaży! Wykorzystujemy to od razu i idziemy na spacer po gorącym piasku. Po zachodniej stronie widać latarnię Smoky Cape.
Gdyby nie kilka aut jeżdżących po białych piaskach, bylibyśmy jedynymi osobami w zasięgu wzroku, takie plaże uwielbiamy!
Wizytę zapamiętamy też z powodu parasola, który wykorzystał chwilę nieuwagi, zwiał i nie dał się dogonić (goniliśmy go bezskutecznie spory kawałek). Co ciekawe, później na spacerze w lesie, mijamy się z autem, a kierowca mówi, że widział go 4 km dalej 😳.
Emocje na sam koniec dnia zapewnił mi (Mikołaj) sporych rozmiarów kangur, kiedy zjawił się jakby znikąd, tuż za rogiem głównej ścieżki campingu. Prężył muły i odprowadzał mnie wzrokiem, ale do solówki nie doszło (śmiech).

 

Seal Rocks
Powoli zaczynaliśmy zastanawiać się, czy widok oceanu i kolejnej plaży nie zacznie nam powszednieć, ale nie stało się tak dzięki miejscowości Seal Rocks. Widok, który oferuje latarnia Sugaloaf Point jest zjawiskowy. Jak do tej pory, uważamy go za najlepszy podczas tej podróży.
W drodze na szczyt klifu mijamy ciekawe budynki. Jak się okazuje, cały teren jest prywatny, a dostęp do latarni udostępniony publicznie. Właściciele prowadzą tu usługi noclegowe w kilku domach. W dniu naszej wizyty, cena za dobę wynosiła... 360 AUD. Wolne miejsca? Brak.
Po spacerze nie mogliśmy odmówić sobie chociaż krótkiego plażowania. Krótkiego, bo bez parasola nasze ciała zwęgliłyby się tego samego popołudnia 👩🏿🧔🏿. Seal Rocks jest bardzo małe i dość popularne - na miejsce na kempingu bez wcześniejszego bookowania nie ma co liczyć (a są tam tylko 3 kempingi). Mimo tego, w miesteczku panuje spokój i czujemy się jakbyśmy byli tam prawie jedynymi turystami. Woda przy plaży w Seal Rocks cieszyła zdecydowanie cieplejszą, niż poprzednie temperaturą.
Urocze miejsce na wakacje dla rodziny, czy ekipy backpackersów, chociaż... jest jeden wyraźny minus - w całym mieście nie ma żadnego sklepu. Jeśli więc nie stołujecie się w miejscowej gastronomi, zróbcie zakupy wcześniej!


Port Stephens


Mimo, że przystanek potraktowaliśmy bardziej jako zebranie sił przed jutrzejszym żużlem w Kurri Kurri, to i tak zostaliśmy mile zaskoczeni.
Krótko po zameldowaniu, pan z recepcji ochoczo namawiał nas na spacer na wydmy, 10 min od campingu. Chwilę później docieramy do celu, a przed nami widoki niczym z Sahary (Worimi National Park). 


Będąc w okolicach, nie sposób pominąć wejście na górę w Parku Narodowym Tomaree. Trasa choć krótka, to stroma i całkiem męcząca. Australijczycy oznaczyli szlak tam biegnący jako 5, czyli poziom najtrudniejszy.
Widok po prostu zapiera dech w piersiach. Patrzy na zatokę Nelson Bay i na północne wybrzeże.
Naturalnie, dużo więcej opiszą zdjęcia:


Worimi National Park i Kurri Kurri
Ten dzień zapowiadał się ekscytująco. Najpierw zaplanowaliśmy rajd quadami po wydmach, a później przejazd do Kurri Kurri na zawody żużlowe (tutaj już jako kibice 😜).
Tour quadami odbywał się w kilkunastoosobowej grupie z przewodnikiem. Wrażenia po przejeździe prawie godzinnej trasy były niesamowite, mimo ponad 35 stopniowego upału. Zjazdy z 40m wzniesień z widokami na ocean, czy strome podjazdy - klasa.


Druga odsłona, czyli V finałowa runda zawodów o tytuł Indywidualnego Mistrza Australii w kategorii seniorskiej.
Do samego stadionu dojeżdża się niczym do opuszczonego industrialnego centrum, tam swoją siedzibę ma klub speedway’a - Kurri Cobras. Już na starcie można poczuć inny klimat żużla, kontrola jest krótka i raczej prowizoryczna. Prowizoryczne były też toalety, a w środku jakieś 100 stopni Celsjusza.
Przechodzimy do stanowisk z gastronomią i piwem (temperatura była bezlitosna, bez browaru można było tego dnia po prostu umrzeć). Kiedy wchodzimy już na koronę stadionu, atmosfera starego żużla rośnie. Tak... o krzesełkach można zapomnieć. Wszędzie rośnie trawa, a miejsce siedzące zajmuje się na tym co się ze sobą przyniosło, czyli na krzesełkach kempingowych i kocach. 
Na miejscu byliśmy tuż po otwarciu bram, więc dobre miejsca zajęliśmy bez problemu. Sielska atmosfera, piwo, rozmowy, no i na dokładkę speedway. Dopingowanie jako takie nie istnieje, tylko po hymnie i na koniec zawodów publiczność dała o sobie znać. Taka mentalność, taka pogoda. Same zawody bardzo ciekawe, obsada bardzo dobra. Tor raczej techniczny i przypominający te angielskie.
Jeszcze przed zawodami zapytaliśmy czy można wejść do parkingu i na tor - ochroniarz rzucił krótkie „Yeah, I reckon you can mate” i bez wahania nas wpuścił. Poza zrobieniem fotek z Jasonem Crumpem i braćmi Holderami, porozmawialiśmy chwilę z Chrisem i Jackiem i udaliśmy się na zawody na prostą przeciwległą. Jakby tego było mało, dosłownie kilka metrów za nami zobaczyliśmy Jasona Doyle’a, który tak jak my oglądał zawody. Od razu podeszliśmy zrobić zdjęcie i zamienić kilka słów. Z nim oraz jego rodzicami, również oglądającymi speedway. Opowiadali, m.in., jak podczas pobytu w Polsce spodobał im się Toruń, nasze rodzinne miasto.

Poniżej zdjęcia z żużlowej niedzieli:

W budynku powyżej można było załawić akredytacje itp.
 

Newcastle

Następny przystanek po drodze to Newcastle. Drugie największe miasto w stanie New South Wales, pierwsze to oczywiście Sydney. Miasto portowe, poza tym duży ośrodek górniczy.
W godzinach lunchowych kawiarnie były pełne, a miasto tętniło życiem. Jednak poza plażą, po południu Newcastle świeciło pustkami, mimo, że odkrywaliśmy je przy dobrej pogodzie, w wakacje. Niemniej, jak we wszystkich dużych miastach w Australii i tutaj jest nowocześnie, czysto i przestronnie. Poza spacerem po centralnych miejscach, udaliśmy się zrelaksować do miejskich basenów, graniczących z wodą z oceanu. Miła alternatywa dla zimnej wody i mocnych fal.
Newcastle wyglądało w naszych oczach, jakby było w ciągłej budowie, co kilka ulic widać kolejną inwestycję. W mieście powstaje nowa sieć tramwajów, w centrum budowane są nowe mieszkania. Może ten stan ma związek z recesją ekonomiczną z połowy lat 90’?
Po centrum oprowadziła nas znajoma z Łomży - Magda, którą poznaliśmy jeszcze w Brisbane. Magda zapewniła nam również nocleg - za wszystko to i za mile spędzony czas serdecznie dziękujemy!

Widok na Nobbys Lighthouse i Nobbys Beach

Newcastle Memorial Walk

Hunter Valley

Hunter Valley to region, który został odkryty pod koniec XVIII wieku, kiedy porucznik John Shortland szukając zbiegów z więzienia, przypadkowo odkrył rzekę, nazwaną później Hunter (z ang. - łowca). Region winiarski Hunter Valley, dziś jeden z najsłynniejszych w całej Australii i popularny na całym świecie, założono niedługo po odkryciu okolic (1797 r.).
To właśnie wino było celem naszej wizyty. W sumie zabrzmiało to, jakbyśmy mieli problem z alkoholem... naprawdę nie mamy 😂. Co więcej, Jason Doyle, kiedy pytał nas gdzie jedziemy po Kurri Kurri, zapytał czy jedziemy do Hunter. „Do you drink guys? (...) You must come to Hunter Valley”.
Winiarni w Dolinie Huntera jest mnóstwo. Wybraliśmy trzy, w każdej obowiązkowy „wine tasting” z wyczerpującymi danymi o winiarni i winach, które próbowaliśmy.

Odwiedziliśmy:
Spróbowaliśmy też serów ze sklepu o ciekawej nazwie „Smelly Cheese” (Śmierdzący Ser) .

 

Po Hunter Valley ruszyliśmy do Sydney...


Komentarze